 |
Medal wraz z numerem startowym.
(fot. źródło własne) |
Spodziewałem się emocji związanych ze startem w XIV Zimowym Biegu Trzech Jezior, jednak nie sądziłem, iż nie będą one związane z rywalizacją sportową. Do Trzemeszna (województwo wielkopolskie) wyruszyliśmy dwoma samochodami po godzinie 05:30. Podróż stanowiła nie lada wyzwanie. Ze Świdnicy mieliśmy do pokonania około 300 km dystans. Po drodze skompletowaliśmy naszą ośmioosobową grupę w Szczepanowie, Sobótce i Wrocławiu. Dość szybko okazało się, że możemy mieć problem z dotarciem na czas. Przez niemalże całą drogę panowało lekkie zdenerwowanie. Część grupy jadąca z Jackiem (Danusia, Adam, Marian) dotarła do Ośrodka Sportu i Rekreacji w Trzemesznie szybciej - odebranie pakietów startowych. Ja, z Halinką, Anetą i Markiem od razu pokierowaliśmy się w stronę miejsca startu (oddalone od Trzemeszna o kilkanaście kilometrów Gołąbki). Na miejscu stawiliśmy się około godziny 10:40, czyli 20 minut przed rozpoczęciem biegu... Jeszcze nigdy nie przebierałem się (częściowo już podczas jazdy) w tak ekspresowym tempie. Wszystko miałem spakowane w torbie sportowej - przecież "spokojnie" mieliśmy zdążyć na czas. Adrenalina wynikająca z pośpiechu był na tyle duża, że początkowo założyłem zegarek sportowy do góry nogami, a Halinka musiała pomóc mi przypiąć numer do koszulki. Następnie szybko pobiegliśmy w kierunku bramy startowej. Dzięki doświadczeniu Halinki zdążyliśmy ustawić się w czubie ponad 950 osobowej grupy tak, abyśmy po starcie nie zostali zablokowani przez wolniejszych zawodników, a w konsekwencji nie tracili sił na pogoń za czołówką.